Tajlandia - czyli o tym, jak świat się kurczy... cz. I

autor: Iza

Do grudnia zeszłego roku na myśl o podróży do dalekich Azjatyckich krajów przed oczami stawał mi widok domków na cienkich palikach wystających z wody, oczywiście palmy i dzika dżungla, do której wstępu strzegą na trzy zmiany tygrysy, węże i żarłoczne, szalone, czarne jak rodzimy węgiel - pantery. Żeby się tam dostać, to trzeba lecieć cztery dni siedmioma balonami, potem na dwóch jednorożcach, na koniec tajemnymi zaklęciami wzywa się na pomoc magiczne podwodne stwory, żeby skonaną turystkę co celu podróży marzeń dotarabaniły jakimś ewidentnym cudem! Innymi słowy, wyprawa całkowicie poza moimi możliwościami logistycznymi, a już na pewno nie bez towarzystwa jakichś doświadczonych ziomków, co na podobnych wojażach zęby mleczne zjedli… Do grudnia tak sobie myślałam, a potem pojechałam sama do Tajlandii.

Zaczęło się tradycyjnie, na lotnisku Okęcie, więc całkiem znajomo. I to było ostatnie znajome i swojskie doświadczenie. Samolotem do Kataru leciało się przemiło, jedzenie, film, sen, sen, sen, bo ja jestem śpiochem i mogę zasnąć wszędzie. Na uroczym hubie, czyli mega-lotnisku, służącym głównie do przesiadania się i oczekiwania na kolejne loty, spędziłam przemiłe trzy godzinki, które śmignęły mi równie szybko jak kolejny, tym razem sześciogodzinny lot. 

wełna merino w podróży

Po jedynych czternastu drobnych godzinkach ocknęłam się na niedużym lotnisku w Phuket. Wiedziałam dobrze, że zastanę tu zgoła inną temperaturę niż ta warszawska, podejrzewałam też, że może być bardziej wilgotno. Było jednak całkiem, ale to zupełnie mokro, bo to przecież tuż przy samym morzu, a w dodatku lał deszcz. Burza, pioruny, chmury, wiatr i duuuużo wielkich jak żaby, kropel wody. Uroczo bardzo... Mniej więcej wtedy zaczęły się pierwsze przygody, które rozprawiały się kolejno ze wszystkimi moimi na wskroś europejskimi zmysłami. Na pierwszy ogień poszedł słuch. Nie, nie, bez obaw, nic mnie nie ogłuszyło, chociaż śmiało można te uczucia ze sobą porównać. Przy ogłuszeniu równie niewiele do człowieka dociera...tyle tylko, że mi akurat dźwięki bezbłędnie docierały uchem do samego mózgu, nijak jednak nie dało się ich przetworzyć! Zwyczajny szok językowy! 

wełna merino w podróży

Język angielski, jakiego zwykłam używać w krajach europejskich raczej z sukcesami, zupełnie nie znajdował zastosowania w tutejszych realiach. Tajowie bowiem wykształcili swoją własną, funkcjonalną odmianę angielskiego i trzeba się z nią oswoić, jeśli chcemy cokolwiek załatwić, nie ma człowiek wyjścia. Na szczęście lokalny dialekt zawiera w sobie spore dawki cierpliwości i życzliwych uśmiechów, otulających zdezorientowanego turystę jak puchate poduchy, tym samym znacznie ułatwiając przyswajanie. Po kilku godzinach już nie tylko rozumiemy co się do nas mówi, ale nawet sami nieśmiało próbujemy po ichniemu przestawiać akcenty i zmiękczać samogłoski. Takie przelewające się słowa wydają się bardziej pasować do tutejszego otoczenia. ;-) 

wełna merino w podróży

Nie wiem dlaczego zakładałam, że Tajowie pływają po swoim morzu nocą… a może w ogóle nie wzięłam pod uwagę, że tu może zapadać zmrok, skoro kraina szczęśliwości, to może mają wieczny, słoneczny dzień! Ten temat jakimś cudem mi umknął… ups... Tak czy siak, jasne stało się w końcu, że tego dnia nie dostanę się już na moją docelową wyspę, więc powinnam sobie ogarnąć nocleg. Tak też uczyniłam. Nie wiem do końca jak mi się to udało tak skutecznie, bez telefonu i internetu (nie zdołałam zmienić karty SIM w telefonie, mimo usilnych prób...a to był pierwszy punkt mojego planu, który bez punktu pierwszego mógł już nie istnieć w ogóle…). Udało się jednak i po godzinie od lądowania miałam w dłoni mało urodziwy, ale skuteczny klucz do pokoju w tajskim hotelu. Jego urodę pominę taktownym milczeniem, za to koszt był zdecydowanie akceptowalny, ludzie mili i dobrze im z oczu patrzyło. 

wełna merino w podróży

Jako osoba świeżo wylądowana na kontynencie azjatyckim i w związku z tym nie posiadająca  wówczas żadnego rozeznania co i jak, miałam sporo szczęścia trafiając zupełnie przypadkiem pod tak przyjazny adres. Ale to mogłam docenić dopiero nieco później. Tymczasem przechodząc dumnie korytarzem, czujnym uchem wyłapałam, prowadzone po “normalnemu angielskiemu”, rozmowy jakichś młodych ludzi; znaczy się ktoś tu mieszka, w dodatku żyje i jest zadowolony z pobytu. To i ja chyba mogę. ;-) To myśląc, wzięłam szybki prysznic i ruszyłam na wieczorny spacer, bo gdzieś po drodze przestało padać i teraz niebo było zachwycająco rozgwieżdżone. Zanim jednak wzrok mój dotarł tak daleko, zawisł na zadziwiającej i całkiem niepoliczalnej ilości kabli i przewodów łączących ze sobą całe mnóstwo słupów i latarni. Istna pajęczyna, aż strach myśleć jak wyglądałby zamieszkujący ją pająk… ;-P

wełna merino w podróży

Upalny poranek w środku zimy był spełnieniem moich ówczesnych marzeń. Obudziły mnie bardzo jasne promienie słońca przebijające się przez wąską szparę między wyciemniającymi zasłonami w kolorze burym. 

wełna merino w podróży



Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów