Lofoty

Autor: Kasia

Dużo się u mnie ostatnio działo, od osobistych zawirowań, poprzez zupełną zmianę stylu życia, po nową pracę i przeprowadzkę. Dlatego pod koniec lipca z wielką ulgą wsiadłam do samochodu znajomych i podczas trwającej 40 godzin podróży czułam coraz większą ulgę i wewnętrzną pustkę. Tak jakby całe wypełniające mnie zmęczenie i niepokój ostatnich miesięcy zostawały gdzieś daleko z tyłu. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, co wypełni po nich miejsce…

Ostatnie miesiące... czyli jak niespodziewanie popłynęłam z nurtem.

Nie podejrzewałam nigdy, że stanę się nomadem, że nie będę miała domu, ani wizji gdzie będę spać w przyszłym tygodniu. Bo słowo DOM do niedawna uważałam za najpiękniejsze i najważniejsze słowo świata, było dla mnie idealne i pełne, utożsamiało spełnienie i spokój. Z lekkim niedowierzaniem patrzyłam zawsze na moich podróżujących przyjaciół, pakujących życie do plecaka i ruszających w świat.

"Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana"

Całe życie mieszkałam w jednym mieście, chodziłam do jednej kawiarni, mówiąc w niej do tego samego od lat kelnera "poproszę to, co zwykle". Najchętniej oglądałam znane już filmy i po raz 10 czytałam te same książki. Tygodniami przeżywałam nadchodzący nowy dzień w pracy. Rzeczy traktowałam zawsze jak talizmany, wyszukiwałam je starannie, zdobywałam na pchlich targach lub przywoziłam z podróży; wykonywałam, przerabiałam je samodzielnie, zaklinając w nich emocje i wspomnienia. I myślałam, że tak już będzie zawsze, że taka jestem.

Ostatnio w moim życiu niespodziewanie zmieniło się wszystko. Wypieszczone mieszkanie, pełne rzeczy z duszą, zostało spakowane do piwnicy, a ja ruszyłam w świat z kartonami pełnymi paternsów, jednym „prywatnym” plecakiem i kotem.

Wielka ulga...

Kiedy zadzwoniła do mnie przyjaciółka i zaproponowała wyjazd na Lofoty, zgodziłam się, nie sprawdzając nawet ich położenia. Muszę zresztą przyznać, że na mapę spojrzałam dopiero w połowie wyjazdu. Ostatnie tygodnie zahartowały mnie do zmian i przekonały do strategii płynięcia z prądem na tyle, że postanowiłam wsiąść w samochód i zobaczyć co się wydarzy. Moje nastawienie było dalekie od optymistycznego “ahoj przygodo”, a bardziej obojętne, przepełnione myślą "i tak nie mam pojęcia, co się wydarzy, więc jakie znaczenie ma to, gdzie się to stanie?". Wsiadłam do auta, z plecakiem wypełnionym wełniakami i ubrana jak na koło podbiegunowe przystało, w czapkę, kurtkę i grube skarpetki, pojechałam w nieznane. Jako jedyna szczęściara z 7-osobowej grupy przespałam większość podróży i obudziłam się już w Norwegii.

Naszym pierwszym przystankiem była Droga Trolli. Jako wakacyjna ignorantka nie bardzo wiedziałam, czym ona właściwie jest, ale bez sprzeciwu, zgodnie z założeniem płynięcia z prądem, wysiadłam w małym miasteczku Åndalsnes i zaczęłam piąć się pod górę. Wychodząc z auta po dwóch dobach jazdy, myśleliśmy wszyscy, że wejście na rampę (Rampestreken) będzie popołudniowym spacerkiem. Nie było. Dzięki temu przypomniałam sobie co w chodzeniu po górach lubię najbardziej: szybko pokonywane, bardzo strome odcinki, których przejście w odpowiednim tempie powoduje przyspieszone bicie serca. Ten moment, kiedy serce łopocze w klatce niczym rozwścieczony, chcący się z niej uwolnić ptak.

Mimo że myślałam, iż wychodzimy tylko na mały spacerek, wzięłam ze sobą typowo górski ekwipunek. Już w dzieciństwie rodzice nauczyli mnie, że w górach trzeba być przygotowanym na wszystko. Wepchałam więc do swojego plecaka czapkę, batony białkowe, wodę z elektrolitami, latarkę, plastry i pelerynę przeciwdeszczową. Z całego zestawu najbardziej przydała się czapka. Okazało się, że szczyt, a raczej to co my za szczyt uznaliśmy, jest w zupełności pozbawiony drzew i bardzo wietrzny. Wyciągnęłam z tego nauczkę na kolejne wyprawy i wełniana czapka na dobre zagościła w moim plecaku mimo 30 stopniowych upałów.

Testy bluzy Paterns w terenie, czyli widok z naszej pierwszej górskiej wycieczki… W dole Åndalsnes

Co by tu robić...

Jestem wielką fanką cywilizacji i mieszczuchem*, uwielbiam w wakacje siedzieć w kawiarni i godzinę delektować się śniadaniem. Pracowałam w szwedzkiej firmie, gdzie o skandynawskim dizajnie słyszałam na każdym kroku. Do tego w dobie ostatniej mody na hygge byłam jak wszyscy bombardowana zdjęciami pięknych wnętrz i uporządkowanych krajobrazów. I ze wstydem przyznam, że jeśli wsiadając do auta miałam jakiekolwiek wyobrażenie tego, co czeka nas na miejscu, myślałam właśnie o tym. Nic bardziej mylnego.

Miasta dalekiej Północy zaskoczyły mnie swoim prl-owskim klimatem, zabetonowanymi bez ładu i składu placami i nieuporządkowaną architekturą. Pustymi ulicami bez sklepów i kawiarni, chodnikami z których postapokaliptycznie wyrastała trawa. Oczywiście widziałam też czerwone, szare i czarne domki, zawsze jednak wokół było coś, co wchodziło w kadr i nie pozwalało na zrobienie prawdziwie instagramowych zdjęć :)

Jeśli nie mogłam włóczyć się po zachwycających urokiem uliczkach, postanowiłam włóczyć się po górach. Po zapierających dech w piersiach widokach z Drogi Trolli, a przede wszystkim po tym, gdy znowu poczułam w mojej klatce piersiowej serce, jasne stało się, że w te wakacje wdrapywać będę się chciała wszędzie i na wszystko.

Na szczyty wdrapywałam się od stóp do głowy ubrana w paternsową wełnę merino, która jest wprost stworzona do takiej aktywności. Oddycha, odprowadza wilgoć, jest termoaktywna i - co w warunkach polowych wyjątkowo ważne - nie chłonie zapachów :)

Na kolejny przystanek wybraliśmy camping w Fredvang obok okolicznej atrakcji - pięknej plaży Kvalvika Beach. Około południa skusił nas gigantyczny głaz leżący na samym środku doliny, postanowiliśmy się na niego wspiąć. Jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia, dlatego jeszcze na szczycie tego małego wzniesienia, postanowiliśmy wybrać się na jedną z większych gór w okolicy. Wielką zaletą chodzenia po górach w tej części Europy w sierpniu jest to, że nie istnieje tam noc. Dobrze pamiętam wizje spędzenia nocy w górach, roztaczane przez mojego tatę, za każdym razem kiedy wstawałam za późno na górskie wycieczki. Ale lofockie szczyty dają się zdobyć nawet śpiochom :). Spokojnie więc o godzinie 16 ruszyliśmy na przełaj na szczyt.

Góry w tej części Norwegii są zupełnie pozbawione drzew, co ułatwia nawigację i zapewnia przepiękne widoki. Brak ścieżki daje możliwość modelowania trasy w zależności od potrzeb. Kiedy tylko chciałam poczuć serce, mogłam jak przecinak ruszać pionowo w górę, brodząc po kostki w mokrym mchu, chwytając się skarłowaciałych krzaków lub pomocnej dłoni albo stopy współtowarzysza :)  Ale kiedy opadałam z sił, mogłam odnaleźć jedną z wydeptanych przez wszędobylskie owce ścieżek i odpocząć na drodze, którą ktoś już przebył i uznał za bezpieczną.

Lofockie góry są niewysokie i przeważnie niezbyt strome, co powoduje że szczyt wydaje się oddalać za każdym razem, kiedy wydaje się, że mamy go na wyciągnięcie ręki. Dość wcześnie weszliśmy na wysokość pozwalającą podziwiać widok nieskalanej przez cywilizację dzikiej zatoki. Patrzyłam w dół i myślałam o tych, którzy setki lat wcześniej patrzyli na dokładnie taki sam pejzaż co ja. Im wyżej się wdrapywaliśmy, tym piękniejsze były widoki, skały stawały się coraz bardziej strome, tak, że ostatniemu odcinkowi bliżej było do górskiej wspinaczki niż do trekkingu. Aż w końcu dotarliśmy na szczyt, na którym mogliśmy kręcić się w kółko, nie wierząc własnym oczom. Zachwyt skutecznie zagłuszał jednak bardzo mocny wiatr i w ruch znowu poszły robione przez moją mamę prototypy paternsowych czapek.

Z góry zaczeliśmy schodzić około 22 wieczorem, w promieniach zachodzącego słońca. Dotychczas przejrzyste powietrze, zapewniające nadrealną ostrość widzenia, zaczęło się zagęszczać, a wzbierająca w nim wilgoć zmiękczyła pejzaże. Powrót zajął nam więcej czasu niż przypuszczaliśmy, bo zmęczenie i trudne warunki (prawie pionowa ściana, zapadający się pod stopami mech i kuszące pięknem widoki) sprawiły, że u podnóża góry byliśmy dopiero o północy. Od powrotu na camping dzieliło nas jeszcze tylko przejście kilkudziesięciu metrów przez plażę, zdjęcie butów i przekroczenie płyciutkiej rzeki. Tak przynajmniej myśleliśmy. Jak bardzo zdziwiło nas, kiedy po wejściu na plażę, nagle okazało się że jesteśmy otoczeni przez wodę, a rzeka, która w południe sięgała nam do kostek, teraz sięga ud. Zaczynał się przypływ. Nie mieliśmy wyjścia, w tempie ekspresowym, bo wody przybywało w mgnieniu oka, zdjęliśmy buty i weszliśmy po pas, zimną kąpielą kończąc 8-godzinną wędrówkę.

W dole widać plaże która podczas przypływu cała zalana jest wodą.

Zachód słońca rozpoczyna się o 22:30 i trwał do 1 w nocy, zalewając góry pomarańczowym światłem.

W kolejne dni górskie wyprawy stały się już naszą tradycją, staraliśmy się tylko unikać wody, przynajmniej tej morskiej. Bo unikanie wody słodkiej w lofockich górach jest niemożliwe :) Obserwując skaliste zbocza, można zauważyć czarne zacieki - to woda, sącząca się powoli przez mchy i paprocie. A całe górskie zbocza poprzecinane są malowniczymi strumieniami.

Kiedy na jednym z campingów nie mieliśmy prysznica, to właśnie w górskich potokach myliśmy się podczas schodzenia ze szczytu. Woda w nich jest zaskakująco ciepła, tak jakby nagrzewała się, przesączając przez wszechobecny mech. Jako ręcznik podczas górskich kąpieli świetnie sprawdził się wełniany paternsowy kocyk, który w drodze na szczyt był kocem piknikowym, na górze stawał się szalikiem, po kąpieli w strumieniu był najlepszym ręcznikiem, a na koniec wędrówki  przeobrażał się w sukienkę, w której wracałam na camping. W namiocie przykrywałam się nim do snu.

Przed wyjazdem na wakacje, tułając się po Warszawie, mieszkałam u moich przyjaciół, u których zepsuł się prysznic. Zaobserwowałam wtedy, że na co dzień zupełnie bezrefleksyjnie wchodzę pod prysznic i myję się nie przywiązując do tej czynności większej wagi. Ale kiedy nocą w kuchni, bez zasłon, musiałam przynieść sobie małą lampkę i zapalić ją nastrojowo w kąciku, rozłożyć dywan i napuścić wody do miski, a potem po kolei myć każdą część ciała, wybierając odpowiednią strategię, z dnia na dzień ta czynność nabrała dla mnie mistycznego charakteru. Faktycznie się przy niej relaksowałam i naprawdę czułam, że zmywam z siebie zmęczenie całego dnia. Podobnie było w lofockich strumieniach.

Potoki i gąbczasty mech z którego ciężar naszych ciał wyciskał wodę, nie były jedynymi zbiornikami wody w tych górach. W większości przełęczy, które widzieliśmy, znajdowały się niewielkie malownicze jeziora. Po jednej z naszych cięższych wędrówek, nadszedł dzień na leniuchowanie. Wdrapaliśmy się na przełęcz do jednego z wypatrzonych dzień wcześniej z góry jeziorek i tam oddaliśmy się całodziennemu leniuchowaniu. Leżąc na płaskich jak stół kamieniach, widzieliśmy jak nasze jeziorko, położone kilkadziesiąt metrów nad poziomem morza, łączy się z nim w perspektywie jak malediwskie baseny w 5-gwiazdkowych hotelach z oceanem.  

To ten i wiele innych zachowanych pod powiekami obrazów napełniły mnie wdzięcznością za nogi, którymi mogę się wdrapać na wysokie góry; za oczy, którymi mogę je podziwiać; za skórę, która nie boi się lodowatej wody przypływu i serce łopoczące w klatce. Wdzięczność za rodziców, którzy od małego wyciągali mnie na górskie wędrówki; i do samej siebie, że nie zapomniałam, że z góry zawsze wszystko wygląda dużo klarowniej. W momentach kryzysu myślałam tylko o tym, że jestem częścią tej pięknej przyrody i podobnie jak każdy jej element, zasługuję na miłość i szacunek. Z tymi myślami i sercem napełnionym nową nadzieją wracam do domu... innego niż ten w rozumieniu sprzed pół roku, do domu wypełnionego miłością.


Kasia Lamik
- mózg operacji paterns, wielki pracuś, tańczy tango, przytula kota, maluje, rzeźbi, szyje, projektuje, wymyśla i zmyśla, trochę sepleni, daje się zaczarować w Święta, przygotowuje niespodzianki, robi plany, żeby było co zmieniać ;-) Na drugie imię powinna mieć Konsekwencja.

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów