​Lepiężnik i oskoła czyli teraz "wychodzę na pole".

Autor: Mala Pachla

Jadąc pewnego dnia pociągiem kolei małopolskiej zobaczyłam na odwrocie biletu hasło reklamowe, które brzmiało „Jestem z Małopolski, wychodzę na pole”. Fajne prawda? Lokalny patriotyzm cenię od zawsze. Zapewne wiele osób wie, że Małopolanie właśnie  wychodzą na pole a generalnie reszta Polski wychodzi raczej na dwór. Nie będziemy się teraz zagłębiać w tajniki językoznawstwa ani porównywać gwar i dialektów. Nie jestem ekspertem więc nie będę wkraczać na obce mi grunty. Prawda jest jednak taka, że odkąd przeprowadziłam się na wieś, język jakim się posługuję, nie tylko się nieco zmienił ale także wzbogacił o nowe, nieznane mi wcześniej słowa. Co za tym idzie, zapoznaję się z pojęciami, które pragnę zgłębiać nie tylko na poziomie słów ale chcę poznawać się z nimi niemalże twarzą w twarz.

Zatem wychodząc przed dom, na zewnątrz lub na wspomniane wyżej pole… (co ma dla mnie swoje uzasadnienie bowiem przed domem mam faktycznie pole, a Krakowianie mimo iż również „wychodzą na pole” najczęściej owego pola przed domem nie mają) przyglądam się dość intensywnie przyrodzie, roślinkom, ziołom lub też chwastom. Jak zwał tak zwał. Ponieważ pora jest typowo wiosenna, więc od samego początku wiosennego przebudzenia, mogę zerkać na mini listki pokrzywy, rodzące się rozety mniszka, a idąc dalej podziwiam wychodzące spod ziemi krągłości bluszczyku kurdybanka, uczę się rozróżniania lepiężnika od łopianu, doceniam urodę i właściwości takiego cuda jak śledziennica a nawet pobudzona wiosennymi endorfinami, dopuszczam się występku, zabawiam w złodzieja i … kradnę bezczelnie coś takiego jak oskoła.

Czy już siedzicie z Wujkiem Google i sprawdzacie czym są te ostatnie z wymienionych cuda natury? Otóż ja sama jeszcze parę miesięcy temu nie znałam niektórych z tych pojęć a śmiem twierdzić, że nasze praprababki posługiwały się tymi pojęciami na co dzień. Niezwykle cieszy mnie fakt, że obecnie i ja (mimo iż nadal jest to dla mnie wiedza o gigantycznych rozmiarach i wielce tajemna) mogę powoli zagłębiać się w owo piękno nazw i barw natury. Że zamiast udawać się do znanej nam wszystkim apteki, szukam apteki w przyrodzie i uczę się jak zastąpić farmaceutyki znane z reklam, podbiałem czy owocem dzikiej róży, zebranymi przez siebie w tak pięknych okolicznościach przyrody. 

Czy jestem szczęściarą? Pewnie, że tak, bo mieszkam daleko od miasta, a tak blisko lasów i łąk. Ale, ale… przyroda  to przecież towar dostępny dla wszystkich. Znam jedną kobietę, która na co dzień mieszka w mieście ale każdą wolną chwilę spędza w przyrodzie, z nosem w ziołach, odpowiednio je zbierając, a następnie preparuje z nich cuda, o jakich Wam się nie śniło. Są to naturalne mydła, szampony, kremy, maceraty i wywary. Ale można zacząć od zwykłych ziołowych herbat. Docenić ich smak oraz fakt, że zostały zebrane naszymi rękoma. Zaimponować znajomym podczas spotkania, zaserwować coś, co zrodziła natura, co nigdy nie otarło się o półki sklepowe, co przygotowaliśmy z sercem i co tak profesjonalnie i tajemniczo brzmi jak biedrzeniec lub podagrycznik. Polecam, zachęcam i trzymam kciuki.



Mala Pachla
- tak na prawdę ma na imię Marlena, ale pewne miłe, małe dziecko zmieniło jej kiedyś imię na Mala i tak już zostało. Tak więc Mala prowadzi gospodarstwo agroturystyczne “Nasza Polana” w Beskidzie Niskim. Zna milion naturalnych sposobów na ludzkie bolączki i boleści, a że ciągle się rozwija, to niedługo chyba zostanie dyplomowaną czarownicą ;-)


Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów