Dlaczego Rodzicielstwo Bliskości* nie działa?

autor: Anna Słaboń

Pamiętam, kiedy jako świeżo upieczona mama dorwałam pierwszą z wielu na naszym rynku książek w nurcie Rodzicielstwie Bliskości i Porozumienia bez Przemocy. To było dla mnie jak objawienie! Było tam wszystko, co mogłabym określić jako szczyt marzeń mojej relacji z córką!  Empatia, ufność, niedyrektywność, podążanie za dzieckiem, ufanie jego potrzebom, nie naruszanie jego granic, odwoływanie się do potrzeb, uświadamianie sobie swoich własnych.

To były dla mnie rewolucyjne wiadomości i wtedy - obietnica rodzicielskiego raju. Wiele zawartych w tej literaturze informacji wzięłam sobie głęboko do serca i mam poczucie, że do dziś bardzo mi służą. Były też takie elementy, które nie przetrwały próby czasu i mimo kilku podejść nie zagościły na dłużej ani w moim sposobie komunikacji, ani w sposobie myślenia o relacji z córką i dziećmi w ogóle. Rozstawałam się z nimi boleśnie, z poczuciem winy, że coś ze mną nie gra, skoro nie jestem w stanie się do czegoś przemóc i zastosować. Po pewnym czasie odkryłam, że nie o samą wiedzę, czy wartości mi chodziło. Tym co było dla mnie najbardziej ujmujące był sposób, w jaki różni autorzy rozumieli konkretne wartości, na co kładli nacisk, co dla nich w danym podejściu było najbardziej żywe i poruszające. Z tego pierwszego okresu życia mojej córki zostały ze mną książki, rozmowy i spotkania, które najbardziej wewnętrznie mnie poruszyły.

Pracując z rodzicami odkryłam jednak, że proces odnajdywania siebie w gąszczu tej nowej rewolucyjnej wiedzy, osobistych pragnień, marzeń, a także własnych wspomnień z bycia dzieckiem, nie tak łatwo daje się pogodzić. Spotykałam się z rodzicami, zaniepokojonymi sobą i zachowaniem swojego dziecka, którzy mając wiedzę o wielu ważnych aspektach relacji i komunikacji z dzieckiem zadawali pytanie: „Dlaczego u mnie Rodzicielstwo Bliskości/NVC nie działa?”.

Pragnęli wcielać w swoje życie zasady i wartości zawarte w wielu inspirujących książkach, jednocześnie docierając w relacji ze swoim dzieckiem do jakiejś niewidzialnej granicy, za którą pojawiał się smutek, bezsilność, frustracja i brak kontaktu.

Chciałabym się z Wami przyjrzeć, co może kryć się za rodzicielską i dziecięcą frustracją oraz jak można spróbować zrozumieć to, co się wtedy wydarza? Przede wszystkim dlatego, że odnoszę wrażenie, że nie jest to odosobnione zjawisko i dotyka wielu rodziców, którzy pragną budować ze swoimi dziećmi piękne i zdrowe relacje.

Przede wszystkim chciałabym zacząć od tego, że Rodzicielstwo Bliskości, czy Porozumienie bez Przemocy nie ma prawa „działać” w tym sensie, że kiedy traktujemy jakikolwiek system wartości lub sposób komunikacji w sposób przedmiotowy, oczekując, że spełni w naszym życiu określone zadanie i przyniesie konkretny skutek, to w takie podejście już wkrada się napięcie i fałsz. Nasza postawa uczyni z niego próbę manipulacji, co stoi w zupełnej sprzeczności z „duchem” zarówno jednego, jak i drugiego podejścia.

Dla różnych rodziców „nie działa” będzie oznaczało różne trudne domowe sytuacje. Mogą to być:

_nasilające się trudne zachowania dziecka,

_powtarzające się konflikty,

_nieumiejętność zapanowania nad własnymi emocjami,

_poczucie bezsilności i bezradności przy jednoczesnym działaniu zgodnie z pewnym wzorcem zachowań czy komunikacji.

W zderzeniu z podobnymi doświadczeniami możemy mieć poczucie, że to, co do tej pory być może służyło rodzinie, w pewnym momencie traci moc swojego oddziaływania.

Są to momenty „zimnego prysznica”, które otrzymujemy od swoich dzieci. Są to też momenty z niezwykłym potencjałem, dlatego, że jeżeli zaczniemy przyglądać się temu co dzieje się wtedy z nami i z dziećmi, możemy dojść do naprawdę budujących wniosków.

W zrozumieniu tego fenomenu bardzo pomógł mi Jesper Juul. Wielokrotnie w swoich książkach podkreśla, jak ważna jest świadomość własnej motywacji w działaniach podejmowanych wobec dziecka. Chciałabym przybliżyć, jak rozumiem to przyglądanie się swoim motywacjom jak również podzielić się doświadczeniem, co z takiego przyglądania może dla nas i dzieci wyniknąć.

Dla przykładu.

Kiedy w reakcji na krzyk dziecka, któremu brat zabrał zabawkę powiem, że „ma prawo czuć tak, jak się czuje” robię to, bo faktycznie całym sercem tak właśnie myślę, czy mam nadzieję, że mówiąc to zmienię jego stan lub, że jest to coś, co powinnam mu powiedzieć?

Czy nazywając jego uczucia, faktycznie chcę spróbować dać mu do zrozumienia, że jestem blisko jego emocji czy liczę na to, że dzięki moim słowom łatwiej się uspokoi lub wierzę, że to jest słuszne i tak właśnie powinnam zareagować jako mama?

Innymi słowy, czy chcę w trudnych sytuacjach skupić się na relacji z moim dzieckiem i jego relacji ze sobą czy chcę osiągnąć pewien rodzicielski efekt? Czy robię to co robię, bo chcę być przy moim dziecku, czy raczej chcę mieć poczucie, że spełniam swoje własne oczekiwania wobec siebie – jako empatycznej i rozumiejącej mamy? Podsumowując – czy jestem rodzicem, czy odgrywam właśnie rolę rodzica?

Dla mnie osobiście to są bardzo ważne pytania, bo z jednej strony wielokrotnie doświadczyłam i nadal doświadczam jakąś niezwykłą moc empatii. Widzę co się ze mną dzieje, kiedy doświadczam czyjejś empatii, obserwuję też jak reagują dzieci, kiedy im okazuje się empatię.

Z drugiej zaś strony obserwuję, co się dzieje, kiedy w subtelny sposób punkt ciężkości przenosi się na potrzebę własnej efektywności lub nakarmienia obrazu siebie, jako dobrego rodzica.

Dlaczego to takie ważne?

Bo nasze dzieci nie mają za wiele wspólnego z intelektualnym przeżywaniem świata, natomiast są w doskonałym kontakcie z jego emocjonalną stroną. One „czują” nasze emocje i wyczuwają nasze intencje. Także wtedy, gdy sami nie do końca zdajemy sobie z nich sprawy.

Podam kolejny przykład.

Wyobraźcie sobie sytuację, w której dziecko, w reakcji na Wasz „empatyczny komunikat” (celowo ujmuję go w cudzysłów, dlatego, że to, co wygląda na empatię, nie koniecznie musi nią być), reaguje niechęcią do Was jeszcze większym rozdrażnieniem oraz krzykiem (mówiąc „nie mów do mnie!)”.

Co takiego może się dziać, że ten dialog, choć w zamyśle ma służyć przynajmniej jednej stronie, może mieć taki przebieg i jeszcze bardziej rozsierdzić dziecko?

Przychodzi mi do głowy kilka pomysłów, które pokrótce omówię poniżej:

  • dzieci nie lubią, kiedy nie jesteśmy wobec nich szczerzy

A więc ich rozdrażnienie może być reakcją na brak naszej autentyczności. Być może wydaje nam się, że mówiąc tak, jak sugerują różne mądre książki, będziemy blisko i załagodzimy konflikt. Warto się jednak zastanowić, czy naprawdę chcemy w momencie, gdy np. dziecko krzyczy, okazać mu swoją empatię, czy w głębi duszy wyrazić własną frustrację lub bezradność?

  • dzieci potrzebują wiedzieć, co się z nami naprawdę dzieje

Wybitny psycholog, Donald Winnicott napisał kiedyś, że matka powinna być wystarczająco dobra. Nie idealna, tylko taka na trzy z plusem. Ja rozumiem to w ten sposób, że dzieci same nie są idealne – są pełne sprzecznych emocji, potrafią wybuchowo reagować, wielokrotnie w ciągu dnia zalewają je różnego rodzaju emocje, i jeżeli w odpowiedzi dostają od nas schemat zachowania (w naszym odczuciu realizujący pewien ideał) zamiast autentycznych emocji, mogą czuć się zagubione i sfrustrowane. Jeżeli natomiast zakomunikujemy im co się z nami dzieje, choć może być to dla nich trudne do przyjęcia, może też im pomóc lepiej odnaleźć się w świecie własnych i cudzych emocji.

  • dzieci pokazują nam czego potrzebują

Nie ma uniwersalnej metody wychowawczej. Każde dziecko jest indywidualnością i przykładanie ogólnych zasad do konkretnego indywiduum niekoniecznie musi znaleźć żyzny grunt we wspólnej relacji i komunikacji. Są na przykład dzieci, które w momentach wściekłości potrzebują się przytulić. Są też takie, na które dotyk zadziała jak przysłowiowa płachta na byka. Czy to oznacza, że nie należy okazywać im bliskości? Nic bardziej mylnego – należy, jedynie na określonych przez dziecko warunkach.

  • mamy nie ufają temu co czują podążając za tym, co wiedzą

To niestety coraz powszechniejsze zjawisko. Jesteśmy oczytane, nawet za bardzo! Książek o rodzicielstwie, o komunikacji, o budowaniu relacji jest mnóstwo! Uzbrojone w wiedzę o tym, co jest dobre dla naszych dzieci mamy wrażenie, że uchronimy siebie przed błędami i przestajemy ufać temu, co same czujemy. Tymczasem, zapominamy, że najważniejszym ogniwem tej układanki jesteśmy my same. Żaden autor książki nie przeżyje za nas życia z naszym dzieckiem. A to oznacza, że do literatury eksperckiej warto poodejść z pewną dozą dystansu, przefiltrowując zawarte w niej informacje i zalecenia przez nas same – naszą osobowość i temperament pamiętając, że ostatecznie to nasze dziecko zweryfikuje czy coś Wam służy, czy nie.

To trochę tak, jakbyśmy czasem zapominały, że to nie my jesteśmy dla pewnych idei, tylko one dla nas. I jeżeli w tym łańcuchu zapomnimy o sobie, o naszych predyspozycjach, łatwościach i trudnościach, niedoskonałościach, które choć niewygodne czynią nas ludźmi, i będziemy próbowały zastąpić je gotowymi rozwiązaniami - możemy bardziej sobie zaszkodzić niż pomóc.

Pamiętam, jak podczas szkolenia trenerskiego Familylab byłam wzburzona faktem, że nie uczę się żadnych konkretów, tzn. żadnych metod budowania relacji czy komunikacji. Miałam wtedy wrażenie, że to, co otrzymywałam wymykało mi się z rąk – bo bardziej wymagało głębokiej refleksji, przyjrzenia się pewnym zjawiskom niż przykładania gotowych rozwiązań.

Z perspektywy czasu jestem za to bardzo wdzięczna, bo to podejście pozwoliło mi odpuścić. Odpuścić sobie wszystko co sztuczne, wyuczone, nieautentyczne, nie  moje. Rozeznawanie tego, co moje a co nie, stało się i pozostało energochłonnym (i służącym mnie samej) procesem.

I tego samego chciałabym Wam życzyć. Byście pytały same siebie: „czy to co robię służy mnie i mojemu dziecku?”, „Czy naprawdę mówię co czuję?”. ‘Czy naprawdę mówię co myślę?”. „Czy gdybym mogła, gdybym dała sobie prawo, postąpiłabym wobec dziecka inaczej?”. Jeżeli odważycie się na ten krok i pójdziecie za sobą – uważnie się przyglądajcie. Wasze dziecko, jego i Wasze samopoczucie powiedzą Wam czy kierunek, który obrałyście jest słuszny. To najważniejsi eksperci, których warto słuchać.


Anna Słaboń - na co dzień pracuje z dziećmi i rodzicami jako psycholog, analizuje sny i stale poszerza swoje horyzonty. Jest chodzącą inspiracja do pracy nad własnym wnętrzem. Prywatnie jest troskliwą mamą, wspaniałą przyjaciółką i wrażliwym człowiekiem. Potrafi też pięknie grać na fortepianie :)

Ulubione słowo: Jadźka

Koszyk

Twój koszyk jest pusty.

Dokonaj swoich pierwszych zakupów